O autorze
Dyplomowany kulturoznawca (specjalizacja sztuka, UAM) i design manager.
Spędziła rok na stypendium na Uniwersytecie w La Coruña, w Hiszpanii.
Autorka strony poświęconej dizajnowi www.mayaheathrow.com
Jej teksty i wywiady traktujące o wzornictwie ukazują się w magazynie K MAG od 2010 roku. Od niedawna współpracuje również z magazynem KUKBUK, gdzie prowadzi rozmowy na temat food design.
Przez trzy lata współpracowała z K MAG jako online editor, a potem marketing manager.
Wielbicielka kultury iberyjskiej i meksykańskiej.
Od 2011 roku prowadzi wykłady z historii dizajnu, m.in. w firmach prywatnych zainteresowanych wdrożeniem design managementu.

Lekcje z dizajnu, czyli jak się mieszka w Kraju nad Wisłą?

Polaków portret własny? Oj tak. I wcale nie w krzywym zwierciadle. Bo nauczono mnie, żeby mówić i promować tylko rzeczy dobre, a złe pomijać milczeniem. Tak też zrobię. Jako że doświadczam właśnie przyjemności (nierzadko męczącej) urządzania domu, od długiego czasu moje przemyślenia krążą wokół mieszkań. Mieszkań Polaków. I dochodzę do wniosku, że nie jest źle. Ba, jest bardzo dobrze!

Prawdą jest, że dopiero uczymy się tego, czym jest dobre wzornictwo i tego, jak łączyć ze sobą przedmioty.
Jakikolwiek wybór w Polsce pojawił się dopiero po 1989 roku i to, jak się okazało, zamiast zbawienia, przynajmniej początkowo stało się przekleństwem. Wypełnione towarem półki sprawiły, że Polacy zachłysnęli się luksusem wyboru i możliwością kupienia tego, na co ma się ochotę. Wybór stał się synonimem luksusu. Tym sposobem wszystkie nowobogackie „dworki” wyrastały jak grzyby po deszczu, charakterystyczne w kapiące z poręczy schodów złoto, antyczne kolumny, a nierzadko kariatydy wspierające frontony w małych, dużych i bardzo dużych willach. Wewnątrz – przepych – oczywiście u tych, którzy mogli sobie na to pozwolić. I tak pozostaje do dziś. Ale, jak się okazuje, stanowi tylko skromny odsetek.



Bo dziś mieć dobrze wyposażone mieszkanie jest po prostu modnie. I miło. W dobie social media, równie modne jak wrzucenie zdjęcia kawy z super kawiarni, jest zdjęcie na Instagramie podpisane „leniwa niedziela w domu”. Chcemy pokazać nasze wnętrze. Bo wnętrza pokazują trochę nas samych. Żeby je pokazać, musimy je lubić. A żeby je lubić, muszą być fajne.
Fajne czyli jakie? Na to pytanie padnie tyle odpowiedzi, ile osób zostanie zapytanych. Dla mnie fajne to minimalistyczne i białe. Dla innych przytulne, pełne bibelotów. Ważne, żeby było stylowe. I prawdziwe.

Wiadomo, nie wszyscy mogą być architektami, mieć wyobraźnię przestrzenną i projektować swoje mieszkania idealnie. Z pomocą przychodzi internet i bogata w tytuły prasa wnętrzarska: od Werandy przez Dobre Wnętrze po polską edycję Elle Decoration. Nie należy zapominać o zagranicznych magazynach dostępnych w każdym Empiku, jak Architectural Digest wydawany przez Conde Nast (wydawca Vogue), czy międzynarodowe wydania Elle Deco, Villa etc. Jednak prawdziwe królestwo inspiracji zaczyna się po kliknięciu przycisku Enter. Tysiące blogów, serwisów poświęconych wzornictwu – istna kopalnia dóbr wszelakich dla wielbicieli wnętrz.
Sklepy oferując towary również zachęcają do ich nabycia zamieszczając inspiracje na swoich profilach i stronach. I co? Działa!

Jedną z najważniejszych lekcji, jaką sobie przyswoiliśmy jest podglądanie i umiejętność wybrania najodpowiedniejszych koncepcji – dopasowanie ich do gabarytów wnętrza, do jego wysokości, a czasem historii. Historii nie tylko budynku, ale także naszego życia i charakteru. Inspirują nas podróże – mówi Dionizy, śpiewak operowy i współwłaściciel marki DECOLOVEszczególnie te w głąb miejskiej dżungli. W wystroju poznańskiego mieszkania Karoliny i Dionizego widać jej rękę – rękę odpowiedzialną za doskonałe wykonania, z których słyną dodatki DECOLOVE. I tę artystyczną doskonałość czuć w szczegółach – gadżetach, które pozornie nie pasują, ale przez to, nadają wnętrzu lekkości i humoru (jak ceramiczny robot zwisający z abażuru klasycznej, białej stojącej lampy, czy zawieszony łoś). Poza tym, to zlepek charakterów pary – nonszalancji, łączenia tradycji z nowoczesnością i... zabawy.


Kolejna odrobiona lekcja to odrzucenie lęku przed bielą. Coraz więcej mieszkań jeśli nie na ścianach, to w dodatkach lub meblach odnajduje spokój i sens w bieli. Łatwo ją łączyć ze wszystkimi kolorami, odbija i załamuje światło, a przede wszystkim sprawia, że wnętrza są po prostu piękne, czyste i estetyczne. Oprócz tego powiększa optycznie, szczególnie małe metraże. Biel i drewno? Klasyka.

Lekcja numer trzy – mieszkanie wcale nie musi być ultra nowoczesne lub ultra klasyczne. „Fajna lampa, ale nie będzie nam pasować, bo mieszkanie urządziliśmy w starym stylu” – jeszcze niedawno słyszało się w salonach z meblami i dodatkami. Dziś Polacy lubią przełamywać konwencje mieszkań. I nie chodzi tylko o pokolenie 20-sto i 30-sto latków. Często dojrzali ludzie dorastają do eksperymentów łącząc romantyczne elementy z industrialnymi surowościami, nowe ze starym.
Tak wygląda mieszkanie należące do współwłaścicieli świetnie znanych miłośnikom mody butików Paryżanka, któremu podstawowe szlify nadała architekt Elżbieta Carton de Wiart. Jeśli mogłabym generalizować, we wnętrzach lubię minimalizm, nieprzesadzanie z niepotrzebnymi przedmiotami, ograniczanie ich. Ale jeśli chodzi o konkrety – to wszystko zależy od mieszkania – mówi Ania, manager Paryżanki. Wnętrze, które zamieszkuje, to połączenie klasyki ze szczyptą szaleństwa. Wokół stołu – antyku, stoją poliwęglanowe krzesła Kartell projektu Starcka, a na nim lampa Bourgie. Nowoczesne elementy znakomicie komponują się z historią przedwojennej kamienicy i takimi detalami jak stara, drewniana podłoga czy obrazy współczesnych artystów – jak ten Agnieszki Sandomierz. Czy wszystko było tu przemyślane od początku do końca? Nie kupuję do mieszkania wszystkiego na raz. Jest to proces, wszystko dopasowuję powoli. Mój gust ciągle ewoluuje, a to sprawia, że moje otoczenie wygląda ciekawiej. Zawsze kupuję coś, co mi pasuje i co mi się w danym momencie podoba – tłumaczy Ania.


Odrobiona lekcja numer cztery to zrozumienie, że ciekawiej i fajniej jest wymieszać rzeczy z wyższej i dolnej półki, od projektantów i z sieciówek. I cóż, tu działamy podobnie jak w modzie – płaszcz od Ann Demeulemeester plus t-shirt z H&M = lampa Toma Dixona ze stolikiem z Ikei. A jeszcze lepiej, jeśli możemy zrobić coś sami! Stół z palet? Czemu nie!?

Lekcja numer pięć i mój ulubiony minimalizm. „Mniej znaczy więcej” – absolutnie się z tym zgadzam. Umiarkowanie to jedna z najpiękniejszych cnót, nie tylko w odniesieniu do nas samych, do naszych zachowań i preferencji. Umiarkowanie znakomicie sprawdza się we wnętrzach, sprawia, że są uporządkowane i czyste. I tak, jak słynęliśmy z zamiłowania do gromadzenia, teraz raczej staramy się usuwać niepotrzebne przedmioty.

W końcu ostatnia lekcja, numer sześć. Dizajnerzy. Polacy coraz częściej zwracają się do profesjonalistów po radę. Posiadanie zaprojektowanego wnętrza wciąż uważane jest za luksus, ale po ten luksus coraz więcej osób decyduje się sięgać.

Polacy coraz świadomiej urządzają swoje mieszkania. I coraz chętniej toczy się tam życie towarzyskie. Kultura prywatek powraca po niemal dwóch dekadach spędzonych w klubach. Dziś, podobnie jak w innych częściach Europy, zapraszamy przyjaciół do własnego gniazdka, do naszego wnętrza.
Myślimy o mieszkaniu jako istotnym elemencie nas samych. Otwieramy się na dizajn, na nowe produkty, nie boimy się zmian.
Lekcje odrobione na 5+. Czas na kolejne.




Specjalne podziękowania dla Ani (Butik Paryżanka) oraz Karoliny i Dionizego (DECOLOVE).
Trwa ładowanie komentarzy...